- Oszust. - mruknął Roger gdy kolejny raz Brian wygrał z nim
w pokera. - Jak to się dzieje, że zawsze masz dobre karty?!
- Życie. - zaśmiał się gitarzysta i rozdał kolejną partię.
- Życie. - zaśmiał się gitarzysta i rozdał kolejną partię.
Nagle do ich uszu dobiegł przerażający krzyk. Natychmiast
zerwali się z miejsc, a na podłogę pospadały karty z drugiej talii May'a, którą
ukrył między udami.
- Ty... - wycedził Taylor i zdzielił kolegę przez łeb. Ten
upadł na kanapę i wybuchnął śmiechem. W tym czasie John, jako jedyny zmartwiony
tajemniczym wrzaskiem, pobiegł do miejsca w autobusie wytyczonego tylko dla
Freddiego. Pierwszym co zobaczył, gdy odgarnął zasłonkę był chichoczący jak
mała dziewczynka, turlający się po podłodze Mercury.
- Deaky, patrz! Jestem wróżką! - krzyknął i przywalił głową w
próg. - Hio, hio. Boli.
- Mówiłem ci, żebyś nie ćpał, zjebie.
- Ja wcale nie ćpałem.
- To co to za proszek?
- Sproszkowane elfie smarki. - powiedział Freddie. Najstraszniejsze było to, że mówił jak najbardziej poważnie.
- Roger! Chodź tu, poważna sprawa! - krzyknął basista i oparł się o próg. - I co ja mam teraz z Tobą zrobić, co?
- Zabierz mnie do smoczej doliny, proszę. -zaśmiał się wokalista i przyczołgał do szafki nocnej. Zabrał z niej kubek z herbatą, wylał zawartość na podłogę, położył się na wznak i zaczął machać rękami i nogami. - Patrz! Robię aniołka!
- Rogeeer!
- Jestem, jestem, o co chodzi? - do pokoju wpadł zdyszany perkusista i popatrzył się na mężczyznę taplającego się w herbacie. - Co jest, kolego? - przykucnął obok niego.
- Pada śnieg, pada śnieg, dzwonią dzwonki sań! - śpiewał Farrokh.
- Posłuchaj mnie chwilę. Teraz pójdziesz do łóżka i się prześpisz, bo jesteś bardzo zmęczony, tak?
- Nie jestem.
- Jesteś.
- Dobra, jestem.
Freddie wstał i jak gdyby nigdy nic położył się w łóżku. Po kilku minutach zasnął, a zadowolony Taylor wyszedł z pokoju. John jeszcze chwilę stał w progu i z niedowierzaniem kręcił głową.
- Mówiłem ci, żebyś nie ćpał, zjebie.
- Ja wcale nie ćpałem.
- To co to za proszek?
- Sproszkowane elfie smarki. - powiedział Freddie. Najstraszniejsze było to, że mówił jak najbardziej poważnie.
- Roger! Chodź tu, poważna sprawa! - krzyknął basista i oparł się o próg. - I co ja mam teraz z Tobą zrobić, co?
- Zabierz mnie do smoczej doliny, proszę. -zaśmiał się wokalista i przyczołgał do szafki nocnej. Zabrał z niej kubek z herbatą, wylał zawartość na podłogę, położył się na wznak i zaczął machać rękami i nogami. - Patrz! Robię aniołka!
- Rogeeer!
- Jestem, jestem, o co chodzi? - do pokoju wpadł zdyszany perkusista i popatrzył się na mężczyznę taplającego się w herbacie. - Co jest, kolego? - przykucnął obok niego.
- Pada śnieg, pada śnieg, dzwonią dzwonki sań! - śpiewał Farrokh.
- Posłuchaj mnie chwilę. Teraz pójdziesz do łóżka i się prześpisz, bo jesteś bardzo zmęczony, tak?
- Nie jestem.
- Jesteś.
- Dobra, jestem.
Freddie wstał i jak gdyby nigdy nic położył się w łóżku. Po kilku minutach zasnął, a zadowolony Taylor wyszedł z pokoju. John jeszcze chwilę stał w progu i z niedowierzaniem kręcił głową.
A, właśnie. Roger Taylor. Gość, który wszystkich zaskoczył
swoim... Podejściem do dzieci. Garną się do niego jak ćmy do światła. On sam
także lubił z nimi przebywać, bawić się. Idealny materiał na ojca. Ma obsesję
na punkcie swoich włosów oraz majtek z nadrukowanym na tyłku dniem tygodnia.
Człowiek sukcesu, który sprzedawał wszystko, co się dało na bazarze w
Kensington. Umie sprzedać nawet powietrze. Pomimo tych zalet, osobnik ten ma
swoje wady. Perkusista ten jest strasznie nerwowy, wkurza się o cokolwiek. Nikt
tego nie zauważa, ale ciągle obgryza paznokcie. Przy każdej okazji. Jest także nieśmiały
w stosunku do nowo poznanych osób. Nikt by się tego po nim nie spodziewał,
prawda?
- Kto zostawił brudne skarpetki na moim łóżku?! - krzyknął
Brian i wszedł do pokoju. Zobaczył strach w oczach Johna i uśmiechnął się
wrednie. Po chwili złapał go jedną dłonią za ręce z tyłu, by nie mógł się
ruszać, a drugą tarmosił go po twarzy śmierdzącymi skarpetami. Deacon
wrzeszczał i próbował się wyrwać, lecz na nic mu się to nie zdało. May puścił
go ze śmiechem i wyszedł z pokoju.
- Nienawidzę go. Tak bardzo go nienawidzę. - wycedził basista
i poszedł do łazienki.
A Freddie wciąż smacznie sobie spał.
***
Następnego
dnia chłopaki z zespołu siedzieli w prymitywnym, autobusowym salonie i
strasznie się nudzili. Nagle Brian wstał, podniósł rękę do góry i krzyknął
"Eureka!"
- Hmm? - Mruknął Roger i uniósł brew.
- Robimy bazę. Teraz, tutaj. - powiedział z niezwykłą powagą May.
- Robimy bazę. Teraz, tutaj. - powiedział z niezwykłą powagą May.
Przez krótką chwilę wszyscy siedzieli cicho i patrzyli się na
niego z niedowierzaniem. Po chwili krzyknęli chórem, zachwycając się pomysłem
gitarzysty.
- Potrzebne będą nam poduszki!
- Ja przyniosę krzesła!
- Niech ktoś zabierze książki z biblioteczki!
- Ja przyniosę krzesła!
- Niech ktoś zabierze książki z biblioteczki!
Zespół Queen żwawo zabrał się do pracy. Po chwili zobaczyć
można było prawdziwą fortecę, złożoną z łóżek piętrowych, koców, lampy i
taboretów. Oczywiście musieli także zajebać jedzenie oraz napoje alkoholowe z
lodówki. Na koniec wycięli scyzorykiem w kocu wielkie koło, przez które można
było obserwować co dzieje się na zewnątrz. By wyglądać przez tą dziurę trzeba
było stać na piętrze łóżka. Oczywiście każdy chciał robić to jako pierwszy.
- No dobra, to idę na wartę. - uśmiechnął się przebiegle
Brian i wspiął się na górę.
- O nie, nie ma tak, ja chcę. - zawołał Freddie i wszedł za nim.
- Niby dlaczego?!
- Jestem starszy!
- A ja wyższy!
- Co to ma do rzeczy?!
- Tyle co twój wiek!
- Ej, spokojnie koledzy, ja przejmę wartę. - powiedział Roger i po chwili znalazł się na łóżku.
- O nie, nie ma tak, ja chcę. - zawołał Freddie i wszedł za nim.
- Niby dlaczego?!
- Jestem starszy!
- A ja wyższy!
- Co to ma do rzeczy?!
- Tyle co twój wiek!
- Ej, spokojnie koledzy, ja przejmę wartę. - powiedział Roger i po chwili znalazł się na łóżku.
Nikt nie zauważył, że zaczęło się ono niebezpiecznie uginać.
Wszyscy umilkli na dźwięk trzaskanych desek. Po chwili łóżko zapadło się z
hukiem, a obolali muzycy odkopywali się wzajemnie spod warstw pościeli i
kawałków drewna. Po chwili odezwał się Freddie:
- To twoja wina!
- Twoja! - odszczeknął się May. - Gdybyś nie był takim imbecylem to byśmy nadal mieli swoją bazę!
- Bujaj się!
- Ty się bujaj, kutafonie!
- Idiota!
- Pedał.
- O nie, kurwa... - wycedził Mercury i rzucił się na gitarzystę z pięściami. Oboje rzucali się po całym pokoju, okładając się przy tym wzajemnie. W końcu podszedł do nich Deacon, otrzepał ubranie, wymierzył każdemu po solidnym policzku i wyszedł, rzucając po drodze:
- Z kim ja się zadaję?
- Twoja! - odszczeknął się May. - Gdybyś nie był takim imbecylem to byśmy nadal mieli swoją bazę!
- Bujaj się!
- Ty się bujaj, kutafonie!
- Idiota!
- Pedał.
- O nie, kurwa... - wycedził Mercury i rzucił się na gitarzystę z pięściami. Oboje rzucali się po całym pokoju, okładając się przy tym wzajemnie. W końcu podszedł do nich Deacon, otrzepał ubranie, wymierzył każdemu po solidnym policzku i wyszedł, rzucając po drodze:
- Z kim ja się zadaję?